Strona:Asnyk Adam - Pisma 03. Wydanie nowe zupełne.djvu/296

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    To pokolenie, które wówczas wzrosło,
    Dni listopada było niedalekiem,
    I swoich ojców rycerskie rzemiosło
    Z krwią wzięło w spadku, i wyssało z mlekiem
    Żywą tradycyę krótkiej zwycięstw chwały,
    I majestatu Polski zmartwychwstałej.

    W cudownej przed niem spływały legendzie
    Postacie wodzów, strojne w liść wawrzynu,
    Wieszczów krwawiących swe piersi łabędzie,
    I męczenników, rwących się do czynu,
    Więzienia, groby, szubienice, krzyże,
    I śnieżna, mroźna otchłań na Sybirze...

    Więc silniej każde uderzało tętno,
    I klątwa wieszczów na grunt padła żyzny
    Budząc gniew, zemstę i boleść namiętną
    Nad poniżeniem i hańbą ojczyzny.
    I wszystkie serca zbroiły się harde
    W niewolniczego żywota pogardę.

    Jeszcze ten łańcuch duszącej niewoli
    Nie zatamował męskiego oddechu,
    Jeszcze męczeńskiej naszej aureoli
    Nie tknęło błoto urągań i śmiechu,
    I pokutnicze nie straciły tłumy
    Ostatnich błysków narodowej dumy.