Strona:Artur Schroeder - Rozkaz.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ZAWISZA: Jakże to?
KORECKI: Niech nie mówi!
JUREK: Nic mi nie jest wielkiego tatusiu. Wyjechaliśmy we trójkę. Ja miałem rozkaz do komendanta trzeciej kompanji. Nie wiedziałem, że to ojciec. Jeden z tamtych miał się kropnąć do W... drugi do majora Rysia...
KORECKI: Nie mów, słabniesz. Trzeba przedewszystkiem przewiązać rękę.

(Opatruje mu rękę. W czasie tego Jurek od czasu do czasu syknie cicho z bolu).

JUREK: Po drodze opadli nas. Tamci zostali w polu. Mnie, kiedy już dopadałem wiklin, ubili konia. Dopadł mnie kozak. Lunąłem na odlew, najpierw przez pysk konia, potem kozaka przez łeb. Szelma zdołał jeszcze wystrzelić z nagana i drasnąć mnie. Aa!
ZAWISZA (bandażując): Boli?
JUREK: Tylko chwilkę. Teraz już nie. Jeszcze tu może z boku zawinąć. Zawrócić nie mogłem, bo miałem przecież rozkaz. Schowałem się w wiklinach. Na drugim końcu zebrało się znowu trzech zbójów. Broni nie miałem, Janina mi pękła...
BRZEG: Co?
JUREK: Nazwałem tak moją szablę. To imię mamy, na jej cześć. A więc wszedłem w wodę i chyłkiem na drugą stronę. Nie zobaczyli. Więc bokami, choć mnie piekło trochę w rękę, dostałem się do naszej placówki. Musiałem ładnie wyglądać, bo żołnierz, skoro mnie ujrzał, kiedym się wynurzył z za pagórka chciał do mnie strzelić. Teraz oddałem i dobrze. Jest mi...