Strona:Artur Schroeder - Rozkaz.djvu/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ZAWISZA: Omdlał.
KORECKI: Józek, kawy!

(Cucą go).

BRZEG (odstąpił wstecz, oparł się o ścianę i mówi jakby do siebie): To, co wyczarował Wyspiański, ciałem się stało. Nie! Tam, w „Warszawiance“ to tylko pieśń, a tu prawda, życie, krwią zadokumentowane przez to dziecko święte.
ZAWISZA (do kapitana): To tylko szalone przemęczenie. Nic mu nie będzie. Usnął z wyczerpania. Mój ordynans z Józkiem zajmą się nim.
BRZEG (z rozdrażnieniem): No. niechże go kapitan teraz ukarze.
KORECKI (ze zdziwieniem patrzy na niego).
ZAWISZA: A ty co, u djabła?!
BRZEG: Nic!!
KORECKI (otrząsnął się i mówi już pewnym głosem): A więc za chwilę wymarsz.
BRZEG (wychodzi. Natknął się na Józka i zdenerwowany mówi): Nie zawadzaj gamoniu, psia ci babka!

(Korecki z Zawiszą okrywają Jurka, na dworze rozszalała się na dobre wichura. Dalekie strzały coraz wyraźniejsze).

KORECKI (do Józka): Przyszlę medyka, który jest u nas. Razem z ordynansem pana porucznika weźmiecie syna i ostrożnie przewieziecie. Wiesz gdzie?
JÓZEK: Tak jest, panie kapitanie.
KORECKI: Ten medaljonik oddasz synowi. Od matki powiesz. Masz tam zostać. Przyszlę zapytać.
JÓZEK: Rozkaz.