Strona:Artur Schroeder - Rozkaz.djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


KORECKI: Dawaj go!

(Za chwilę wciska się coś jak widmo. W nikłym kręgu lampki stoi młodziutki żołnierz. Ubranie na nim poszarpane, strzępy te utytłane w błocie i ściekające wodą. Z pod czapy nie widać twarzy. Jest bez szabli. Widać po nim straszne zmęczenie. Salutuje i wyciąga z zanadrza jakiś papier).

KORECKI (wpatruje się chwilę w niego, potem w jednej chwili podbiega i woła): Jurek!!
JUREK: Ojciec?! (opanowuje się z trudem i mówi): Melduję posłusznie, panie kapita... (zachwiał się i byłby runął. Podtrzymali go obecni, ułożyli na tapczanie Koreckiego. Rozpinają mundur. Korecki szuka rany).
ZAWISZA: Rana lekka, przestrzał lewej ręki, przyjdzie zaraz do siebie. Przedewszystkiem wyczerpany.
KORECKI: Józek! Jest jeszcze trochę czarnej kawy? Dawaj! (Unosi głowę Jurkowi, wlewa w usta kawę. Potem przypomniawszy sobie przyniesiony rozkaz, rozwija papier i czyta. Mówi następnie szybko): Teraz siódma. Za pół godziny wyruszamy. W K... jest gorąco. Grozi osaczenie. Chłopca zostawi się z Józkiem. Przewiezie go do L... do polowego. A więc panowie...

(Cichy jęk Jurka. Korecki nachyla się nad nim wszyscy czynią to samo).

ZAWISZA: Otworzył oczy.
KORECKI: Lepiej ci?
JUREK: Już dobrze. Ale się... tatuś nie gniewa?...

(Korecki bez słowa całuje syna).