Strona:Artur Schroeder - Rozkaz.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


JÓZEK: Czy mogę odejść?
KORECKI: Gdziesz cię djabli noszą w taki czas?
JÓZEK: Ja tylko na chwilę do przyjaciela. Interes.
KORECKI: Ładny to już interes złodziejski. No idź.
ZAWISZA: Ta bitwa, o której wspomina twój syn, miała doskonałe epizody.
KORECKI: Pamiętam. Miałem również kilku takich, prawie jak mój Jurek mikrusów. Byłem w rozpaczy co z tem zrobić. Starzy żołnierze patrzyli na malców przez ramię.
ZAWISZA: Ale się spisali, co? (rozłożył ręce i prawie dotknął się nosa podchorążego) Jak stare wiarusy!
BRZEG: Nie potrzebujesz znowu tak, psia ci babka, machać rękami, jak wiatrak. Wiatru tu tak wielkiego niema, choć na dworze wyje. Djabelska opera.
ZAWISZA. Tybyś naturalnie chciał takiej prawdziwej. Obszerna sala, ciepło, pachnie, paniusie, flircik. Poczekaj trochę i posłuchaj na razie tego bohaterskiego barytona wiatru. Nie podoba się panu, co?
BRZEG: Powiem ci, że...
JÓZEK (wpada): Panie kapitanie, melduję posłusznie, ułam z rozkazem! Ledwo się na nogach trzyma. Spotkałem. Pędził pieszo. Konia mu szpica rosyjska zabiła. Było ich trzech. Wystrzelali ich. Ten wywinął się. Uciekł na przełaj, rymnął do rzeki, zmylił ślad i dobił do nas. Mówi ważny rozkaz do komendanta trzeciej kompanji. Więc do nas. Pytał czy nie pomylił, (oddecha z trudem).

(Wszyscy zerwali się z miejsc).