Strona:Artur Schroeder - Rozkaz.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jeszcze nigdy tak się w duchu nie modliłem, jak wtedy. A potem słyszałem pochwały dla Ciebie. Taki jestem dumny. Spisujemy się obaj dobrze, bo ja dzisiaj właśnie zostałem kapralem. Jak Mamę kocham, żebym to wiedział, że się już na mnie nie gniewasz?

Cześć!
Jerzy.

ZAWISZA: Złote chłopczysko!
BRZEG: Wbrew moim planom, żenię się, psia ci babka!
ZAWISZA: A temu co:
BRZEG: Żeby mieć takiego syna!!
ZAWISZA (do Koreckiego): No i ty się jeszcze boczysz?
BRZEG: Nie do wiary, nie do wiary...
KORECKI: Być może, że nie odesłałbym go do domu, bo teraz byłoby już trudno, ale...
ZAWISZA (przerywając, jakby sobie coś nagle przypomniał): Prawda! jeśli on wtedy był na zachodnim krańcu wsi... Przecież tam kawalerja!
KORECKI: Jeździ dobrze konno. Na wsi u ciotki nie złazi z konia. Jakże on tam jednak...

(Wchodzi Józek)

JÓZEK: Woda gorąca, melduję posłusznie.
KORECKI: Weź z mojej torby te brunatne kostki, wrzuć i pomieszaj. Tylko nie paluchami!
JÓZEK: Wi się, mel...
KORECKI: Nie zawsze i nie wszystko „wi się“!

(Józek przyrządza kawę i podaje — Korecki nalewa).

JÓZEK (staje na baczność): Pan kapitan pozwoli?
KORECKI: A co?