Strona:Artur Schroeder - Rozkaz.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


JÓZEK: Tak jest panie kapitanie, najlepsze lekarstwo na ciągoty.
KORECKI: Wisielec! No, a teraz jeszcze gorącej wody i nie włócz się!
JÓZEK: Rozkaz.

(Wychodzi).

ZAWISZA: Ale wiesz z tym twoim synem to pyszne. Zamiast na fortepianie — mówiłeś, że gra już nadzwyczajnie — bębni z karabinu. Artysta (powiedział to przeciągle, umyślnie niby złośliwie, patrząc na podchorążego) a jednak chwat.
PODCHORĄŻY puszcza mu kłąb dymu prosto w twarz.
KORECKI: Jeszcze nie powiedziałem wam wszystkiego. Ten bąk kręci się od kilku dni blisko mnie w jakimś oddziale i raczy mi nawet przysyłać wyrazy uznania!
ZAWISZA: Jakto?
KORECKI (wyjmuje portfel i wyciąga jakąś starannie przechowywaną kartkę. Podchodzi do lampy). Kilka dni temu doręczył mi któryś z żołnierzy. Myślałem, że list z naszej poczty. Czasu nie było na razie czytać i przyjrzeć się doręczającemu. Dopiero potem otwieram. Pisane ołówkiem. (Czyta blisko lampki).

Drogi Tatusiu!

Wczoraj widziałem prowadzony przez Ciebie atak. Świetnie, aż serce rosło. Tylko niepotrzebnie tak się wysuwasz naprzód. Byłem na flance. Każdej chwili mieliśmy Cię wspomódz od zachodniej strony wsi. Nie mogłem się tego doczekać. Potem znikłeś mi z oczu.