Strona:Artur Schroeder - Rozkaz.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wszystko oślepiająca miłość ojcowska do dziecka jedynego, które dała ukochana kobieta, jest silniejszy ponad wszystko. Znacie mnie przecie? Wiecie, że jeśli trzeba, nie oszczędzam siebie, że dla sprawy... co tu gadać, ale ten dzieciuch! Zresztą wtedy miałem jedno uczucie: ulgi i smutku zarazem, smutku nieokreślonego. Potem nastąpiło uspokojenie. (Chwilę milczy, potem mówi dalej): Wyjechałem. Na pożegnanie powiedziałem mu: A bądź mężny i pamiętaj o mnie; odpowiedział, całując mnie: „Będę ojcze“. W drodze opadły mnie sprzeczne uczucia... ale to do rzeczy nie należy. W dwa tygodnie po powrocie do pułku otrzymałem od żony list, w którym mi donosiła, że Jurek po moim wyjeździe wyjechał pokryjomu. Zostawił list, że nie może siedzieć w domu, kiedy ojciec jego jest w polu. Żona prosiła mnie, że gdybym go spotkał, bym mu oddał medaljonik, który dołączyła do listu.
PORUCZNIK: Więc przecie postawił na swojem?!
BRZEG: Zuch chłopak, psia ci babka!
JÓZEK (który już od dłuższej chwili stał u wejścia i słuchał, nagle ryknął): Morowiec!!
KORECKI: A ty co znowu?
JÓZEK (stropiony bardzo, zatyka gębę ręką, potem wypręża się na baczność): To jest, melduję posłusznie, niby słyszałem, że nasz panicz tego... niby tego wyrwał się do nas i tak... tego wypsnęło mi się.
KORECKI: Niech ci się nie wypsnuwa, bo ci każę godzinę stać na baczność przed miotłą. Dawaj herbatę.
JÓZEK: Rrrozkaz!

(Podaje menażkę, którą przyniósł i jakieś kubki blaszane. Robi to z wielkiem przejęciem, aż sapie).

KORECKI: Proszę. A tu nawet jakieś ciasto, które