Strona:Artur Schroeder - Rozkaz.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ten hycel (wskazuje na Józka) licho wie gdzie wydostał. A nie powie, żebyście go tępą piłą rżnęli. No?
JÓZEK: Tajemnica moja i dziewczyny, melduję posłusznie.
BRZEG: Cóż ty, psia ci babka, w każdem miejscu masz inną?
JÓZEK: Noga koślawa, serce gorące, panie podchorąży, więc lecą do niego dziewuchy, jak pszczoły do ula.
ZAWISZA: Gdzie ty na tem pustkowiu wynachodzisz dziewczęta?
JÓZEK (chytrze się uśmiechając): One ta wszędzie nas wynajdą.
BRZEG: Takie masz szczęście, psia ci babka, do nich, a nie wyglądasz tak, by szaleć za tobą.
JÓZEK: Miłość, jest jak pchła.
KORECKI, ZAWISZA, BRZEG (śmieją się): Ha, ha, ha, co takiego?
JÓZEK: Miłość, melduję posłusznie, jest jak pchła: nikt nie wie do kogo skoczy!

(Wszyscy się śmieją — Józek też).

BRZEG: Filozof, sentencjonista, psia ci babka!
ZAWISZA: Udał się, szelma.

(Zapalają papierosy, dolewają herbaty).

JÓZEK (wyciąga ze swego płaszcza salami, które dał mu Staszek i podaje kapitanowi).
KORECKI: Cóż to?
JÓZEK: To? to jest taka kiełbasa z brata... tfu! to ten Staszek, ordynans, drania kawałek tak mi powiedział.
KORECKI (śmieje się): Nie rozumię.