Strona:Artur Schroeder - Rozkaz.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czonych 16 lat — wybełkotał Jurek — jestem zdrowy, cztery lata byłem skautem — strzelać — jak ojciec wie, umię dobrze. A mama może zostać u cioci, która i tak, jak wujcio poszedł z Sokołem, z babcią została. Przecież moi koledzy...“ Przerwałem mu: Wybij sobie to z głowy. Nic z tego. „Dlaczego?“ Bo nie — odpowiedziałem. „Ja jednak muszę“ — upierał się. Nie! odpowiedziałem, czując jednak, że dziwnie mięknę. Tymczasem chłopiec odparł ze złością: „To ucieknę“.
Wiecie, że jestem trochę pasjonat. W dodatku zląkłem się o dzieciaka. Jedynak (ciszej) moje i żony szczęście. Widziałem tyle tych młodych, zniszczonych ciał. Samolubne serce ojca zapomniało wszystkich innych uczuć. Sprawie ja służę, życie dam za nią, ale on, to niezwykłe rzeczywiście dziecko, marzyciel, muzyk. A zresztą ten jego upór, na który poraz pierwszy natrafiłem. Zdawało mi się, że więcej w nim było złości, niż przekonania.
ZAWISZA: No i?
KORECKI: Tylko się poważ — krzyknąłem. „Ha no“, odparł to takim głosem, że zdawało mi się, iż chętka go odeszła (do gości): Ale dlaczego nie palicie? Tytoń jest, proszę.
BRZEG: Palimy. Dziękuję.
KORECKI: Pomyślałem: więc to było tylko chwilowym kaprysem, przebłyskiem dziecinnego zapalenia się na widok mojej szabli? Nie ukrywam, że odetchnąłem. Myślałem sobie: taki jak ty, może kiedyś inaczej, lepiej przydać się Polsce. Nie! i to nie! Bez kłamstwa! Człowiek, wiecie, ma w sobie różne może piękne instynkty, lecz ten, niech się to nazywa samczy instynkt zachowania swego gatunku, czy też