Strona:Artur Schroeder - Rozkaz.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


KORECKI: Masz na czem zrobić herbatę?
JÓZEK: Zrobi się, melduję posłusznie.
KORECKI: A te śmiecie z kąta wyrzuć.
JÓZEK: Rozkaz!

(Korecki wychodzi. Józek wynosi śmiecie z kąta, potem majstruje koło lampki, czasem zaklnie „choleraby wzięła z takiem szkiełkiem“, ogląda manierkę z rumem, wącha, mlaska językiem. U wejścia chyłkiem dostaje się Staszek).

STASZEK (udaje głos kapitana): A to co do kroćset!!!?
JÓZEK (jak rażony piorunem, o mało co byłaby mu wypadła manierka. Wreszcie się orjentuje i klnie): Żeby ci brzuch pękł, Bandziochu zatracony! Cóż ty myślisz, że chciałem kapitanowi wypić, pieski synu?!
STASZEK (śmieje się): E nie — alem ci pietra napędził. O mało co byłbyś zgubił nos w manierce.
JÓZEK: Zgub se swój brzuch! Włazi jak złodziej!
STASZEK: No, już, obiecałem, więc przyturgałem.
JÓZEK (stawia ostrożnie manierkę na stole): Co?
STASZEK: Od jednego saniteta dostałem salami. Weź.
JÓZEK: Sa-la-mi?
STASZEK: A tak. Nie wiesz co to jest?
JÓZEK: No?
STASZEK: Taka fajna kiełbasa z osła — twojego brata.
JÓZEK: Żebym ja z twojej ciotki nie zrobił marmolady!
STASZEK: Słowo honorowe! To specjał cholerny. Popatrz.
JÓZEK (wącha): Pachnie.