Strona:Artur Schroeder - Rozkaz.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


STASZEK: Zjedzże zaraz.
JÓZEK (w pierwszej chwili chce jeść, potem widocznie się rozmyślił, chowa salami do swego płaszcza): E, potem zjem. Nie głodnym teraz.
STASZEK: Na jedzenie nie trzeba być głodnym.
JÓZEK: No, dobrze już, nie każdy ma taki brzuch, jak twój. Dać ci tytoniu?
STASZEK: Mam, jutro mi dasz. Wyrywam, bo mój porucznik jest.
JÓZEK: Ma tu przyjść.
STASZEK: Tak? Fajno. Będzie można pograć u siebie na harmonji. Serwus!

(Józek zostaje sam, kręci się po izbie, coś sprząta, wreszcie wychodzi. Scena jest przez jakiś czas pusta. Słychać coraz silniejsze strzały armatnie z daleka, świst wiatru i kapanie deszczu, bijącego ze śniegiem. Kilka płatków tego mokrego śniegu wciska się do ziemianki i taje na podłodze. Po chwili tupot nóg i głosy. Wchodzą kapitan Korecki, porucznik Zawisza i podchorąży Brzeg. Kończą jakąś rozmowę).

KORECKI: Pięknie, dobrze! Ale natarłbym mu uszu za nieposłuszeństwo. Nie znoszę tego.
PODCHORĄŻY BRZEG (młody, wysoki szatyn z marzycielskiemi oczyma. Mówi gorąco i zapala się): Gdybym miał takiego syna, psia ci babka...
KORECKI: Szkut jest, siedmnaście niespełna lat, karabinu pewnie nie udźwignie.
PORUCZNIK ZAWISZA (wesoły, jowjalny blondyn): Mój drogi, mało masz takich?
KORECKI: To prawda, ale zawsze bestja nieusłuchliwa. Proszę was, rozgośćcie się.

(Siadają, jak kto może).