Strona:Artur Schroeder - Rozkaz.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


JÓZEK: Wolę tu.
STASZEK: I ja też. Józek, co my będziemy robili jak się wojna skończy?
JÓZEK: Skończy? Wojna się nigdy nie skończy! Od tego jesteśmy. Skończymy z Mochami, zaczniemy z kim innym. Nie wiesz to, że Polacy bili się nawet w Ameryce. Opowiadał mi to nauczyciel.
STASZEK: Głupiś. Nie może być. Dziadek nie zechce. Z ciebie swoją ulicą byczy chłop, choć ci nogę trochę przetrącili. No, (wydyma się), postaramy się Józefie was awansować przy następnej bitwie. Zrobi się.
JÓZEK: Rozkaz, panie generale! Masz tu kumeta (daje mu skręcić).

(kręcą papierosy).

JÓZEK: Te! Tylko nie takiego wieloryba!
STASZEK (z komiczną miną): Doktor mi zakazał palić cienkie.
JÓZEK: To se skręć w tekturę.
STASZEK: Już. (po chwili). Ale nudy, co? Od kilku dni siedzimy tu jak szczury i nic. I ten pieski deszcz!

(Milczą. Słychać kapanie deszczu i wycie wichru).

JÓZEK (prostuje kości, wzdycha): Chandra, psia krew. Masz harmonijkę?
STASZEK: Jeszczeby nie? Przecież wiesz, że nawet czasem w ataku.
JÓZEK: Wiem. To zagraj.

(Staszek wydobywa z kieszeni ustną harmonijkę i zaczyna grać „ojrę“. Józek śmiesznie podryguje a potem śpiewa):