Strona:Artur Oppman - Pieśni o sławie.djvu/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Bieleje w słońcu żagiel rozpięty,
K’niemu się zwraca twarz marmurowa:
I przepływają ciche okręty,
I dalej lecą po fali wzdętéj —
I nie przyniosły Wielkiego Słowa!

W zabójczej orgii kłębią się ludy,
Ohyda śmierci nad zgliszczem lata!
I, dzierżąc srebrnik, jak owo wprzódy,
Konwulsyą śmiechu drga Judasz Rudy:
Ni krew, ni męka nie zbawią świata!

Nurza się w nocy szczyt granitowy,
Gaśnie zachodu łuna czerwona;
Biją w mur jutra szalone głowy —
Czegóż im trzeba? — Golgoty nowéj?
Czy nowej szpady Napoleona?!

Wtedy, gdy latał z orłem Legionów
Od sfinksa pustyń do bram Kremlinu,
Na rozdeptanych zwaliskach tronów
On widział państwo ludzkich milionów,
Przepromienione potęgą czynu!

Na błocie świata we krwi skąpanem,
Z Boga hetmaniąc duchom płonącym,
Grzmiał w mrok i podłość miecza taranem,
I miał być ludów Chrzcicielem Janem,
Powrót Chrystusa obwieszczającym!