Strona:Artur Oppman - Pieśni o sławie.djvu/82

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Póki człek sterczał w szeregu na szkapie,
Wśród harmat ryku i kartaczy błysku,
Nie czuł, że tęskność za gardziel go łapie,
Trzymając krótko, jak konia przy pysku.
Wiedziałeś jedno: ściśnij szablę w łapie
I hulaj!... Ale tu — na tem skalisku
Do drzwi tęsknica od świtania puka,
A gryzie, psiamać! jakby wściekła suka!

Gorzej nam jeszcze, gdy już na robotę
Z więzienia wyszli-m ryć oskardem skały:
Każdy przez fale szafirowo-złote
Płynący statek, każdy żagiel biały
Każe bić sercu, aż wzdyma kapotę,
A samo — rzekłbyś — pęka się w kawały,
Widząc swobodne morze — okręt — ptaka...
Niema bolączki, jak bolączka taka!...

Gnijem za żywa, robactwu oddani,
Mrąc od choroby i od dusznej męki!
Bogdajby lepiej byli nas Hiszpani
Nie wypuścili z drapieżnej paszczęki!
Jaśnie wielmożny! Toćże my hułani!
Toć nam przez woli właśnie, jak przez ręki,
I we śnie jeno raźnie serce skacze:
Gdy do ataku grają nam trębacze!