Strona:Artur Oppman - Pieśni o sławie.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

(Włosy srebrzyste, rozwiane u czoła,
Lśknią na pomroku, jak glorya anioła,
Nieziemska bladość natchnionego lica,
Wargi — płomienie, oko — błyskawica,
A rozpaczliwie wyciągnięte dłonie
Świat podtrzymują, co w potopie tonie!)

„Wszyscyśmy grzeszni i nędzni przed Panem,
Królu z biskupem i księże z hetmanem!
Chodzim w hardości i bluźnimy pychą,
Aż trąba zagrzmi i skruszy Jerycho!
Brat ku bratowi jako wilki lute! —
A pokolenia odkrwawią pokutę!...”

(Uderzył zegar, gdyby dźwięk żelaza, —
Sztywny i chmurny siedzi Zygmunt Waza,
Od Zebrzydowskich i Stadnickich łona
Wiedźma rokoszu zrywa się czerwona,
Idzie na pola upiorzyca sina
I wyje gniewnie: «Niech przyjdzie godzina!»)

„Iżeś nad wszystko ukochanie moje,
Iż się o ciebie dniem i nocą boję,
Iż kij pątniczy wziąłbych w ręce obie
Wypielgrzymować miłosierdzie tobie,
Iż piołun czuję w twoich wnuków chlebie! —
Przeto, o Polsko! do krwie smagam ciebie!”