Strona:Artur Gruszecki - Nowy obywatel.djvu/252

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pani Zofii zakręciły się łzy w oczach; spostrzegł to mąż:
— No, no, nie martw się, Zosiu: pieniądze są, ot, patrz!
Wyjął garść złotych monet, a gdy kładł gwałtownie na stół, kilka stoczyło się na ziemię, dzwoniąc na kamiennej posadzce.
Reporter i urzędnik porwali się do podnoszenia pieniędzy.
— Siedźcie, to nie wasza rzecz! — zawołał ostro. — Hej, człowiek! pozbieraj, a nie ukradnij, bo ubiję.
— Ja nie złodziej — mruknął garson, schylając się po monety.
— Milcz, psi synu! — wrzasnął.
— Milcz! — dodał groźnie naczelnik.
Garson coś zamamrotał, pan Szyszkowski porwał talerz leżą-