Strona:Artur Conan Doyle-Groźny cień.djvu/184

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    przez otwarte wrota, uczynił się tłok, gorąco, hałas.
    Potrącano się, bito, przepychano siłą, — po to, by pochwycić choć jedno słowo, z tego, co mówili, a potem tych oblegano z kolei, kazano powtarzać sobie przed chwilą zasłyszane wieści, — i znów niecierpliwili się dalsi...
    Chwilami wybuchały oklaski i śmiechy, niekiedy złorzeczenia, przekleństwa i groźby. I słuchano z przejęciem, jak pułk 44-y wytrzymał atak kawaleryi, jak Holendrzy i Belgowie sromotnie zmykali z pola bitwy, jak Czarna Gwardya pozwoliła złamać czworobok ułanom, a potem przypuściła do nich rzeź okrutną. Ale ułani walczyli tak mężnie, że miast uledz w puch rozbili pułk 69-y i unieśli jeden ze sztandarów.
    Książę cofał się przecież pomimo zwycięstwa, chodziło mu bowiem o zachowanie łączności z ustępującą armią pruską.
    Mówiono, że pragnie obrać odpowiedniejsze pole do przyszłych zapasów i prawdopodobnie wielka bitwa rozegra się w tem właśnie miejscu, gdzie generał Adams rozłożył się teraz obozem.
    A wkrótce przekonaliśmy się, ile w tych pogłoskach było prawdy. Pamiętam, rozjaśniło się pod wieczór i komu sił stało, wstępował na poblizkie wzgórza, skąd widać było całą okolicę.
    Jak okiem sięgnąć, ciągnęły się zielone łąki i płowe, szumiące zboża.
    Wielkie, pełne kłosy zaczynały właśnie żół-