Strona:Artur Conan Doyle-Groźny cień.djvu/183

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    w każdym przekonanie, że co uczyni Książę, będzie uczynionem dobrze, iż po trochu ogarniał nas spokój i ufność.
    Brygada nasza spędziła w Hal’u cały następny ranek. Dopiero około południa przypadł do generała książęcy ordynans i wtedy zarządzono pochód. Wkrótce przecież zatrzymaliśmy się powtórnie w lichej wioseczce — Braine, jeśli mię pamięć nie myli.
    Czas był już najwyższy, gdyż prawie jednocześnie rozszalała się straszliwa nawałnica, z upustów niebieskich lunęły potoki zimnej wody i srożyły się póty, póki pól i gościńców nie zmieniły w istne bagna i jeziora.
    Rzuciliśmy się do stodół, szukając jakiego takiego schronienia przed zlewą i w jednej z nich znaleźliśmy dwóch zbłąkanych żołnierzy, starszy należał do pułku noszących „kilts’y”, górali szkockich, — młodszy podchodził z legii niemieckiej i obaj podzielili się z nami wieściami, które były tak posępne, jak zachmurzone niebiosy.
    Boney — opowiadali — zbił wczoraj Prusaków, potem wystąpili nasi i z trudnością dotrzymywali mu pola. Jednak podobno zwyciężyli wkońcu.
    Słowa moje wydawać się wam będą, jak stara, znana, niepotrzebnie na światło dzienne wywleczona, bajka, i nikt z was poprostu nie jest w stanie wyobrazić sobie rozdrażnienia, w jakie wprawiły nas te niespodziane wiadomości. Krew jęła grać zapalczywszym, inni zaczęli się tłoczyć