Strona:Artur Conan Doyle-Groźny cień.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


grenowana była od trzech dni z powodu straszliwego mrozu...
Słuchałem z rozwartemi szeroko ustami.
W ytrawni, zaprawni w bojach grenadyerzy, walczyli z owymi trudami z jakąś głuchą zaciętością, a i tych wreszcie ogarniała rozpacz, stygł zapał, marła chęć poświęceń. A skoro z bólu i umęczenia zostawali w tyle, chwytało ich rozżarte chłopstwo, ćwiekami przybijało do wierzei stodół, zwykle głową do ziemi i rozpalało pod nieszczęsnymi wolno podsycany ogień... Groza brała patrzeć na marną zgubę tego, słynnego z bitności, żołnierza. Za wojskiem jęły wkrótce wlec się mary owych czynionych okrucieństw i taki lęk je zdejmował na samo wspomnienie męk nieludzkich, że potem, skoro który żadnym już wysiłkiem nie mógł zmusić się do marszu, zwalniał wprawdzie kroku z rezygnacyą, lecz po to tylko, by zmówić modlitwę i oprzytomnieć trochę na jakiem porzuconem siodle, albo na własnym tornistrze. Potem zaraz zdejmowali pończochy i buty, opierali podbródek na wylocie karabina, trącali cyngiel wielkim palcem lewej stopy, — paff! — i było po wszystkiem. Nie potrzebowali już obawiać się najgorszej choćby wojny. Och! krwawa bo robota szła w tych niegościnnych górach!
— Czyje to były wojska? — pytałem ciekawie.
— Bah! Nie łatwa odpowiedź, młody przyjacielu! Tyle już widziałem armii, przez tylem