Strona:Artur Conan Doyle-Groźny cień.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ręczami, który od niepamiętnych czasów stoi przy kominku i trzymał czarną kotkę na kolanach.
Ręce rozstawił szeroko, — otaczał je duży motek wełny, którą matka z przejęciem zwijała w kłębuszek.
Tuż przy nich ciemniała żałobna suknia Edie, siedzącej z pochyloną głową i zaczerwienionemi od płaczu oczyma.
— Miałaś jakie zmartwienie? — spytałem łagodnie.
— Uchowaj Boże! — podchwycił ze współczuciem nieznajomy. — Tylko mademoiselle — ma tak czułe serce, jak wszystkie prawdziwe, pełne szlachetnych porywów, kobiety. Nigdybym nie przypuścił, że do tego stopnia wzruszy ją moja opowieść, — nie byłbym zaczynał, gdybym mógł przeczuć następstwa! Opowiadałem paniom o cierpieniach, na jakie narażały się wojska, zmuszone przebywać góry Guadarama w czasie uciążliwej zimy. Patrzałem na to własnemi oczyma! Potężny to grozą widok! Wicher porywał nieraz pojedynczych ludzi i niósł nad przepaścią, niekiedy nieszczęśliwi roztrzaskiwali się o twarde skały, często dosięgali tamtego brzegu otchłani, ale i wtedy zwykle kończyło się śmiercią, gdyż ścieżki były ślizkie i gładkie, niby tafle lodu, nigdzie o co się zatrzymać, czegoś chwycić! Całe pułki szły zwartymi szeregami, jedni z drugimi krzyżowali ręce, i wtedy jako tako stawiali opór nawałnicy. Kiedyś jednak... pamiętam... dłoń pewnego artylerzysty została w mojej, ledwiem zdążył ująć... Zgan-