Strona:Artur Conan Doyle-Groźny cień.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


krajów się przewinął, że sam teraz nie mogę się w owych wspomnieniach połapać. Jakie bo moje oczy oglądały wojny! I waszych Szkotów spotykałem kilkakrotnie przy robocie! Twarda piechota, ani słowa. Tylko, — sądząc po nich, — myślałem dotąd, że u was tu wszyscy noszą... jakże to się nazywa... spódnice?
— To są „kilts’y”, używane wyłącznie w północnej, górzystej części Szkocyi — objaśniłem, uśmiechając się pomimowoli.
— Ach, więc w górach — powtórzył zamyślony. — Ale oto dostrzegam przed domem jakiegoś człowieka. Może to ten, który miał podjąć się odstawienia mych listów na pocztę; jak mi to obiecał pański ojciec?
— Właśnie. Jest to chłopiec dzierżawcy Whitehead’a. Czy pan życzy sobie, żebym mu osobiście doręczył te listy? — spytałem, widząc, że wyjmuje z bocznej kieszeni surduta kilka zaadresowanych kopert.
— Odgadłeś, młody przyjacielu — odparł z wesołym uśmiechem. — Myślę, że z rąk twoich nierównie większą będą miały wagę i zostaną doręczone pewniej, — a pragnąłbym módz liczyć na to.
I oddał mi je pełnym zaufania ruchem.
Bezzwłocznie wyszedłem do sieni i tu wzrok mój upadł nagle na adres listu, który się znajdował na wierzchu.