Strona:Antoni Ossendowski - Po szerokim świecie.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ręce, jak do modlitwy, i więcej nie szlochała. Nie miała zresztą nawet czasu na to, gdyż ciągle przyglądała się sobie w wodzie i przekładała świecidełka z jednej strony głowy na drugą.
Tymczasem słońce zaszło. Nagga podniósł się, wziął swoją zdobycz na ręce, przeszedł potok i skierował się w stronę równiny, gdzie pod kamieniami w krzakach miał schowany zapas jeleniego mięsa. Gdy doszli, zaczął krzesać ogień i wkrótce rozpalił ognisko. Gdy płomień buchnął wysoko, rozrzucając snopy iskier i żarzących się węgielków, kobieta upadła przed Naggą na kolana i twarzą przycisnęła się do jego nóg, uznając potęgę, wolę i mądrość olbrzyma.
W kilka dni później Nagga z żoną przybył do lasu, gdzie niegdyś była siedziba jego ojca, i tu zbudował nowy szałas i nową zagrodę, ze schwytanemi przez niego dzikiemi bawolicami i kozami, które ujarzmiać nauczyła go w dzieciństwie matka.
Gdy powracał z łowów, zdaleka już wołał wielkim głosem:
— Tek! Tek!
Kobieta biegła mu na spotkanie, padała do nóg, a później skarżyć się zaczynała, że znosiły się już i zniszczyły jej piękne świecidełka, a on szukał zimorodków i robił coraz to nowe i nowe zabawk i klejnoty dla Tek i... dla swego szczęścia.
Pewnego razu, polując w pobliżu morza, Nagga wynurzył się z kniei na jego brzeg. Spostrzegł tu wyrzucone przez fale muszle. Niektóre z nich były bardzo piękne, pstre, lub z zewnątrz połyskiwały różnobarwnemi ognikami. Długo trudził się olbrzym,