Strona:Antoni Ossendowski - Po szerokim świecie.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sztukę, którą zawsze umiał pocieszyć Mel, gdy ta kaprysiła, lub była ukarana. Włożył więc kamień do procy i zaczął rozglądać się po kamieniach i krzakach. Po chwili znalazł to, czego szukał. Był to zimorodek, piękny ptaszek o połyskujących niebieskich, zielonych i żółtych piórkach. Gwizgnął w powietrzu kamień i Nagga po chwili już podniósł zabitego zimorodka. Wyrwał mu kilka piórek, zatknął je do rozszczepionej zębami gałązki i podał kobiecie. Spodziewał się, że uczyni z tem to, co zwykle robiła siostra jego, biedna, mała Mel, którą przytłoczyła niemiłosierna lawina. Mel zwykle ciskała taką laseczkę w powietrze i ta, jak strzała, szybowała w powietrzu, aż padała o kilka kroków od niej.
Porwana przez Naggę kobieta uczyniła jednak inaczej i to z lepszym skutkiem. Długo przyglądała się laseczce z kitą barwnych piór na końcu, uśmiechała się radośnie, aż wreszcie, po krótkim namyśle wetknęła ją sobie we włosy i pobiegła do wody przyjrzeć się. Wydała cienki pisk zachwytu i klasnęła w dłonie. Nagga był uszczęśliwiony, wyskubał wszystkie pióra zimorodkowi i narobił kilka zabawek dla swej branki, aż wdzięczna, przystrojona w błyszczące piórka kobieta złożyła przed olbrzymem