Strona:Antoni Ossendowski - Po szerokim świecie.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sach zostały w okolicach Tek-Delfu dziwaczne ślady. W jaskiniach górskich znaleźć można wyrżnięte w skałach rysunki, przedstawiające słomę, byki, strusie i lwy, a obok nich nieznane, przez nikogo nie odczytane znaki, — jakieś wężyki, kółka, trójkąciki, kreski, kwadraciki. Niedaleko od tych jaskiń wżarł się w wyschłą na kamień ziemię głęboki wąwóz. Głęboki, bo nawet w najskwarniejsze dnie w wąwozie panuje wieczny zimny cień. Uczeni twierdzą, iż niegdyś jakieś górskie jezioro wylało się nagle na równinę, a woda niby mieczem — rozsadziła pierś ziemi i znikła potem bez śladu, wlewając się do morza, które kotłowało się pod podmuchami wichrów — tam, na południu, a teraz wyschło, pozostawiwszy tylko piasek, sól, gips ze szczątkami ryb i różnych zwierząt.
Opiszę jednak to, co opowiadał mi o tej miejscowości skromny francuski „cantonier“, naprawiający szosy. Nazywał się Teofil Glacier (całkiem nieodpowiednie nazwisko dla Sahary!), lubił czerwone wino kébir i nieskończone pogawędki, stęskniony do nich w ciągu długich samotnych miesięcy życia wśród Arabów. Pokazując mi okolice Tek-Delfu, ciągle coś mówił, wygłaszał różne hypotezy, cytował miejscowe podania, a ja kombinowałem sobie plan noweli, którą mógłbym napisać kiedyś, gdzieś i dla kogoś — tej właśnie, pod tytułem: — „Trzy epoki“.
W niej czytelnik znajdzie prahistorję, paleontologię, historję średniowiecza i socjologję współczesną, wszystkiego potrosze. Monsieur Teophile Glacier święcie wierzy w to, co mi wygłaszał, i nie ulęknie się ataku żadnego sceptyka, a potrafi tak odpo-