Strona:Antoni Ossendowski - Po szerokim świecie.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


oceanu piasków swoje kamienne fale grzbiet Wysokiego Atlasu, istnieje mała mieścina berberyjska Tek-Delf. Niczem się ona nie różni od setek podobnych osad algierskich. Takież można tu spotkać rynek, funduk[1], domki-ruiny o płaskich dachach, trochę palm i dużo brudu, mały o dość słonej wodzie ued[2], piasek, karawanę z wielbłądów, osłów i mułów złożoną, stragany, kawiarnię, meczet i kubbę[3] jednego z niezliczonych świętych muzułmańskich. Słowem — wszystko jest tak, jak wszędzie tu, w tym zapomnianym zakątku Algieru, a jednak...

Zacznijmy od najdawniejszych czasów, od tych, kiedy Sahara stanowiła jeszcze znaczne wewnętrzne morze, a jego fale biły o brzegi obu Ergów. Te znowu nie były tak ogołocone z roślinności, jak to podróżnik ze smutkiem ogląda teraz. Owszem, wtedy rosły tu jeszcze gęste lasy, a step zielenił się trawą i krzakami, gdzie znajdowały dla siebie pożywienie słonie, żyrafy, strusie i dzikie bawoły. Od czasu do czasu odwiedzał te obszary król Afryki — wspaniały i potężny „sid“ — lew. Schodził z gór, bo te stały jeszcze tam, gdzie obecnie chrzęści pod kopytami wielbłąda gruby żwir, rozsypy skalne i piasek — wszystko co pozostało po wschodnich gałęziach Atlasu, który umiera już przez całe epoki, rozpadając się w olbrzymie głazy, te — w żwir, a żwir — w piasek — igraszkę dla sirokka[4]. Po tych dalekich cza-

  1. Hotel tubylczy.
  2. Rzeka.
  3. Grobowiec — kaplica.
  4. Gorący wiatr pustyni.