Strona:Antoni Ossendowski - Nieznanym szlakiem (1924).djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— E — e — odpowiedział Radkiewicz — to nie tak odrazu! Bo to, widzicie, kiełkowało we mnie oddawna i dopiero teraz...
— Co dopiero teraz? — zapytał przyjaciel, zauważywszy, że Radkiewicz zamilkł.
— Teraz postanowiłem nieodwołalnie... wyjechać stąd... nazawsze...
Lisowski zatrzymał się i oczy wlepił w twarz przyjaciela.
— Tam?... — szepnął, wskazując ręką na zachód.
— Tak... do Polski... — odparł Radkiewicz.
— Zginiesz! Zginiesz, jak tamci!
— Może! — wybuchnął Radkiewicz — Może! Ale ja już nie mogę dłużej czekać! Najlepsze lata życia przeżywamy, najwięcej moglibyśmy dla Polski pracować, a my tu — gnijemy, gnuśniejemy z moskalami i tatarami, bez pożytku dla kraju i narodu.
— Tak! — zgodził się Lisowski. — Lecz trudna i daleka droga, a za ucieczkę — kula lub katorga...
— Wiem, alem sobie inaczej obmyślił. Nie złapią mnie!
Mówiąc to, Radkiewicz podszedł do samego brzegu, gdzie w dole z pluskiem fal pędziła wezbrana rzeka, i wskazując na wynurzające się z ciemności białe smugi piany, zaczął mówić gorąco, namiętnie:
— To — Jenisej. Obaj wiemy, że płynie na północ, aż ginie w Lodowatym Oceanie...