Strona:Antoni Ossendowski - Nieznanym szlakiem (1924).djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ocean — to już wolność, to już prosta droga do Polski... Postanowiłem wyjechać do Jenisejska, skąd bliżej do morza i gdzie więcej rybaków, może się znajdzie towarzysz... chyba... chyba, że i wy, Lisowski, też...
Lisowskiemu fala gorącej krwi uderzyła do głowy. Zadrżał cały i schwycił przyjaciela za rękę.
— Bohdanie, jabym razem z wami, bez wahania... ale żona, dzieci... co z nimi będzie?... Przecież zamęczą za mnie, pogonią etapami przez śniegi, przez więzienia... Zemrą...
Radkiewicz głęboko westchnął i szepnął:
— Zostańcie z nimi... Pan Bóg by nas może za ich udrękę nie pobłogosławił... Zostańcie, Ludwiku...
Lisowski cicho płakał i urywanym głosem mówił:
— Pierwszy raz się rozstajemy... Tyle razem przeżyliśmy... A teraz, może być, na zawsze...
— Tak! — odpowiedział Radkiewicz — ja z Polski tu nie powrócę...
Więcej już nic nie mówili, powrócili do wsi i rozeszli się w różne strony.

II.

W parę tygodni później Radkiewicz odwiózł sędziemu śledczemu uszyte buty i wyprosił dla siebie pozwolenie na wyjazd na dwa miesiące do Krasnojarska po nowe narzędzia i skóry.