Strona:Antoni Ossendowski - Nieznanym szlakiem (1924).djvu/8

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


byli doskonałymi fachowcami. Radkiewicz szybko i elegancko szył buty, Lisowski — ubrania męskie. Prawda, że fach ten posiedli oni dopiero w czasie swojej ciężkiej tułaczki po więzieniach i pustkowiach północnej Syberji, gdzie każdy sam sobie radził, jednak doszli do wielkiej wprawy i najwyżsi urzędnicy powiatu wkrótce stali się ich klientami.
Pewnego wieczora Radkiewicz, chmurny, wszedł do chaty Lisowskiego, który z rodziną siadał już do kolacji. Lisowski spojrzał w pociemniałą twarz przyjaciela i rzekł, uśmiechając się:
— Już coś nowego obmyślacie, Bohdanie? Widzę to z waszych oczu... No, mówcie!
Radkiewicz opuścił głowę i mruknął:
— Pomówimy po wieczerzy...
Nic nie chciał jeść i siedział w głębokiej zadumie, nic nie mówiąc i patrząc przez okno na pędzącą rzekę. Nareszcie Lisowski wstał i, narzucając na plecy sukmanę z wełny wielbłądziej, spojrzał na przyjaciela i rzekł:
— Przejdźmy się trochę, to i pomówimy...
Radkiewicz wstał i poszedł do gospodyni.
— Niech pani nie gniewa się, że mruk ze mnie dzisiaj, różne myśli tak latają po głowie, że nic mówić nie mogę, ale buciki na czas będą...
Lisowska uśmiechnęła się i odpowiedziała:
— Dziękuję, a życzę, żeby na dobre poszły myśli pana!
Pocałował ją w rękę i wyszedł.
— No? — odrazu spytał go Lisowski.