Strona:Antoni Ossendowski - Nieznanym szlakiem (1924).djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


popas. Zniewalała nas do tego i ta też okoliczność, że nasze konie były zupełnie zniszczone i osłabione, miały pobite grzbiety i poranione boki, bądź to od siodeł, bądź to od częstych wypadków, gdy staczały się z gór, padały przy przejściu łożysk pełnych kamieni rzek, lub gdy w kniei dziewiczej Urianchaju, przedzierając się przez gąszcze, raniły sobie boki i głowy.
Mieliśmy przed sobą jeszcze prawie pięć tysięcy kilometrów do brzegów Pacyfiku, a nie mając pieniędzy, musieliśmy oszczędzać swoje szkapy, zdobyte na bolszewickich bandytach.
Wypoczywaliśmy więc, a jednocześnie staraliśmy się zarobić coś, aby nabyć trochę obuwia i bielizny, które doszły do ostatecznej ruiny. Ja codziennie miałem odczyty o Sowieckiej Rosji, skąd przybywałem, lub o swoich obserwacjach i wrażeniach z podróży po Urianchaju; mój towarzysz, agronom p. Jamiołkowski, dawał porady gospodarcze i weterynaryjne, inni znowu towarzysze leczyli ludność osady, naprawiali wozy, strzelby i maszyny rolnicze, szyli ubranie lub buty.
Po dziesięciu dniach już mieliśmy wszystko, co potrzebowaliśmy do dalszej podróży, a chcieliśmy jeszcze zarobić trochę gotówki, lecz próżne były nasze wysiłki.
Stała się rzecz straszna. Od strony Irkucka przerwał się wschodnim brzegiem Kosogoła duży oddział jazdy bolszewickiej, zwabiony bogactwem