Strona:Antoni Lange - Róża polna.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ot — żachnęła się — nie zawracajcie głowy! Co było, to było. Nieważna sprawa!
— Więc to prawda? Więc ty nie rozumiesz, co to za ohyda?
— Zaraz ohyda! Jak ci się nie podoba, to ja mogę sobie iść, a ty zostań! Poradzę sobie na świecie. Do widzenia!
I poszła sobie, Bóg wie, dokąd. Nikt jej nie zatrzymywał.
Jan całą noc gorączkował, a nazajutrz musiałam go pomieścić w domu obłąkanych. Półtora roku tam siedział, aż nakoniec wyzdrowiał.
Myślałam, że nastaną lepsze czasy.
I rzecz dziwna, jakie losy mu były zapisane: bo naprzód ta śmierć nagła Janusza w sam dzień ślubu, potem nowe spotkanie z tą przeklętą, tak złośliwie przez samego djabła przysposobione, i nowe jego obłąkanie...
A teraz nowe nieszczęście: przyjechał do Kijowa w sprawach rozmaitych, niech pan sobie wyobrazi, kogo tam spotyka? Wchodzi na wieczerzę do restauracji, a tam siedzi Teresa, wystrojona, wyfjokowana, wyróżowana, w towarzystwie jakichś paniczów, pije szampana, śmieje się, śpiewa, prowadzi bezecne rozmowy.
Niewątpliwie go poznała, niewątpliwie chciała go umyślnie rozdrażnić...
Siedział tam, jak skamieniały, dziesięć minut... Wrócił do hotelu i odebrał sobie życie...
— Nie mam teraz nikogo na ziemi — kończyła staruszka.
— Byłem do głębi wzruszony — kończył swą mową Okolicz — tem opowiadaniem.
A teraz, niechże mi który z was, panowie literaci, przyzna się, czy w sferze swoich znajomych ktokolwiek z was spotkałby się z takim splotem wypadków