Strona:Antoni Lange - Róża polna.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jestem wolna — oddycham, oddycham! Nie zależę od nikogo: ani od niego, ani od tej ladacznej dziewki, od tej wozgry!
Jan nic nie rozumiał...
— Nie wiesz niby, co to znaczy? Udajesz niewiniątko? Ha, ha! mądry spekulant z ciebie, komedię grasz do końca. Nie wiesz, kto była Tereska? Folwarczna dziewka, bazarka, kochanica mego męża, która mi dom shańbiła i życie zatruła! Cztery lata siedziała u mnie, cztery lata! Chciałam się jej nareszcie z domu pozbyć i zapłacić jej za to, przetom ją wydała za takiego dudka, jak ty, mój miły spekulancie na swoją i cudzą hańbę!...
Wszyscy o tem wiedzieli! a tybyś nie wiedział?!... Obiecałam ci pięć tysięcy rubli, ale teraz ten podlec Janusz zdechł, jak pies, a Tereska nic nie znaczy... Ani feniga nie dostaniesz... A teraz fora ze dwora, mam już was dosyć!...
Łatwo zrozumieć, co działo się w sercu Jana. Nie szło mu o pieniądze, ale o to przerażające odkrycie, dotyczące przeszłości Teresy. Wszyscy, wszyscy dokoła milczeli, owszem, posądzali i nas o najbrudniejsze spekulacje!
Jan przyleciał do mnie, jak półobłąkany. Mózg mu się palił. Padł mi do nóg i płakał, jak dziecko.
Właśnie zaś weszła do mego pokoju Teresa — i pytała, co to znaczy. Jan — bezładnie — powiedział jej wszystko, co usłyszał.
— Czy to prawda? — zapytał.
Teresa, na słowa Jana, czerwieniała i bladła naprzemian; omało nie upadła bezsilna i zemdlona, chwilowo źrenica jej łzami zaszła, a była w tej chwili piękna, jak nigdy: bogini smutku i żalu... O, gdyby żal wyraziła, jabym jej przebaczyła, bom ją ogromnie kochała... I onby jej przebaczył...
Ale jakiś bies się w niej zbudził.