Strona:Antoni Lange - Przekłady z poetów obcych.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dziecięciem otrzymałeś haracze stu miast
Ośmiokątne meczety dniem i nocą palą
Swe marmurowe wieże kadzidlaną falą,
Ale twój uśmiech jaśniał promienniej od gwiazd
I meczetów, gdzie złote ognie się krysztalą.

By cię błogosławiła każda z ludzkich dusz,
By zbrodniarz nawet wielbił tej godziny blaski,
Gdy oko twe ujrzało pierwsze świata brzaski,
Cofnął się przed skazańców szyją krwawy nóż
I pierwsze twe westchnienie, było znakiem łaski.

Tak rosłaś, otoczona miłością i czcią,
Zdobiąc Mongołów ziemię wdziękami oblicza;
Czysta jak święta fala, jak lilia dziewicza,
Godniejsza raczej umrzeć wnet z urodzin łzą,
Niżli być całowaną, choć przez królewicza.

Szczęsna była twa ziemia w dni twych młodych lat,
Fortuna była ciągłą towarzyszką trudów
Twego mądrego ojca i pracownych ludów,
Ale jakież lazury są bez chmurnych zdrad,
Jakiż ranek ma chwile wiekuistych cudów?

Na błękitach, gdzie wszystko promieniami lśni,
Rośnie ponury obłok z piorunami w łonie,
Jako śmiertelne ziarno, zdradzieckie swe dłonie
Naraz podnosi pycha i w tym domu tkwi
Niema, chytra, łakoma: wzrok jej dziko płonie.

Stary Dżihan cię kochał, kwiecie jego niw,
Radował się pięknością twoją wypieszczoną;
Ty jedna weseliłaś jego smutne łono,