Strona:Antoni Lange - Dywan wschodni.djvu/365

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zielone brzegi falą muszcze,
Złote lotosy sterczą z stawu,
W cieniach powiewne wieją bluszcze.

Białe łabędzie z cichym szumem
Po gładkiej stawu płyną fali
Nad stawem w gaju platanowym
Złote się słońce jarko pali.
Ztamtąd, obłoku, w domu głębie
Spojrzyj i miłej szukaj żony,
A smutna będzie, o obłoku,
Jak lotos, mrozem powarzony.

Patrz, zdjęła z ciała strój bogaty,
Na łożu smutną główkę kłoni;
O! lekkim obudź ją powiewem
Jak powiędnięty kwiat na błoni;
A kiedy wyjrzy przelękniona
Gdzieś za błyskawic śledząc lotem,
To jej wypowiedz, coć polecę
Twym uroczystym powiedz grzmotem.

Powiedz, że żyje tam na górze
Wierny przyjaciel ulubiony,
A miałby w piękne ucho twoje
Niejeden sekret rzec pieszczony,
Powiedz że tęskni za twem licem
Za pocałunkiem tęskni oto,
A szle ku tobie słów tysiące
Co tą serdeczną tchną tęsknotą,

O, gdyby jako chwila jedna,
Długa minęła noc rozstania,
Gdyby dzień każdy w noc zapadał
Zaledwo ruszy się z posłania.
Bo dziś, gdy spełnić się nie mogą,
Życzenia, które marnie roję,
Od twoich ocząt, ulubiona,
Niema spokoju serce moje...


(J. Szujski).