Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Powiedziałem...
— Tak — powiedziałeś i słowa twoje słyszał Allah i zapisał je w księdze przeznaczenia, — mówił Szorf ben Ihudi. — Słuchaj, Ras ben Hoggar, słuchaj, człowieku, którego dotknął palec Boży! Oto ja, sługa Allaha, ja — marabut, posiadający wiedzę „tassaruf“, a widzący daleko w przyszłość, oznajmiam ci, że nastał czas, abyś oddał siebie z krwią swoją, swoją myślą i swym bólem wielkiej sprawie, albowiem przychodzi godzina czynu!
Skończywszy, marabut opuścił się na posłanie i rozpoczął nanowo przerwaną modlitwę, a modlił się namiętnie i żarliwie, powtarzając w przerwach gorącym szeptem słowa świętego proroka El Dżilali:
— Nie sądź nas, Allah ecz Czadiel,[1] podług słów naszych, lecz osądź podług naszych czynów, o, Allah Ed Darr[2].
Z głośnym krzykiem, niby wołaniem o pomoc i zbawienie, rzucił się mu do nóg Ras i, łamiąc sobie ręce i łkając, jęczeć zaczął:
— Spełnię, com zaprzysiągł... Zapomnę o wszystkiem, wtłoczę na dno serca ból mój i mękę moją i służyć pójdę sprawie, bo taka jest wola Allaha-Pocieszyciela...
Łzy przerwały mu mowę i, zanosząc się od płaczu, tulił się góral do marabuta i żalił się mu na ludzi i na cały świat swoją niemą rozpaczą i wielkiem poświęceniem.
Szorf ben Ihudi powstał, ręce położył na stroskanej głowie górala i rzekł natchnionym, przejmującym głosem:

— W imieniu Allaha, ja — sługa Jego, mówię ci, Ras ben Hoggar, że prędko przyjdzie czas, gdy

  1. Straszliwy.
  2. Groźny.