Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


temu podbić cały świat?!... O-o-o! Biada mi! Biada! Allah-Sędzia dotknął mnie karzącą dłonią swoją i niemasz już dla mnie ratunku, pociechy i zbawienia! Przeklęty jestem...
Ras padł na ziemię i tarzać się zaczął z bólu i rozpaczy.
Długo uspakajał go marabut, lecz widząc, że nic nie pomaga, i że góral odchodzi od zmysłów, rzekł poważnym głosem:
— Pozostaje ci jeszcze zemsta, synu...
Ras nagle umilkł, zaczaił się i po chwili podniósł głowę i oczy pałające wparł w twarz towarzysza.
— Powiedziałeś mocne i sprawiedliwe słowa, sidi, Szorf ben Ihudi! Krwawa zemsta zostanie dokonana, gdyż wielka i niesprawiedliwa krzywda spotkała mnie. Zemszczę się!... Dziś jeszcze wyruszę w góry...
Marabut opuścił głowę i zamyślił się głęboko. Widocznie ważył jakieś myśli i nie miał na nie odpowiedzi i postanowienia. Wreszcie podniósł oczy na bladą, skamieniałą w zawziętości twarz Rasa i wyszeptał:
— W Fezie, gdzie żyje cień wielkiego Mulej Idrissa, władcy i „uali“[1], wyrzekłeś, synu, przede mną i przed Allahem takie słowa: „Zdrowie swoje, swoje szczęście, swoje życie oddaję wielkiej sprawie, tak mi dopomóż Allah!“
Ras drgnął i wyraz lęku i wahania przemknął mu po twarzy.
— Powiedziałeś? — pytał marabut surowym głosem.

Góral głowę stroskaną opuścił, ręce ścisnął, aż stawy trzeszczeć zaczęły, i szepnął:

  1. Święty.