Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Przyprowadzę do ciebie, sidi, jutro Hassana, — rzekł góral. — Musicie się naradzić!
Istotnie nazajutrz jednooki i kulawy meskin przyszedł i, wysłuchawszy marabuta, padł mu do nóg i szybko opuścił dom.
Hassan powrócił w dwa dni później z jakimś nieznajomym Berberem. Rasa nie było o tej porze w domu, gdyż odwiedzał znajomych pieśniarzy, meskinów i zaklinaczy wężów. Po długiej naradzie z marabutem, żebrak z nieznanym człowiekiem odeszli, odprowadzani błogosławieństwami Szorfa.
Wkrótce po ich odejściu, gdy marabut w swojej izbie modlił się, gdyż muezzin z pobliskiego minaretu wołał wiernych o zachodzie słońca do obcowania z Allahem, wpadł Ras.
Był blady, drżący na całem ciele, a miał tak straszną twarz i taką rozpacz w oczach, że marabut porwał się z kobierca i zawołał:
— Co ci jest? Mów prędzej!
Z głośnym, pełnym straszliwego bólu krzykiem Ras upadł na podłogę, zaczął się wić, jak rozdeptany robak, drapać podłogę i tłuc głową o ściany.
Od czasu do czasu wyrywały się mu głuche łkania i urywane pytania:
— Za co? Za co? Za co?
Z trudem udało się marabutowi uspokoić górala.
— Co ci się przydarzyło, synu mój, powiedz? — mówił Szorf, gładząc towarzysza po głowie i tuląc go do siebie, jak małe, skrzywdzone dziecko.
Przerywanym łkaniem i ciężkiemi westchnieniami głosem, Ras zaczął opowiadanie:
— Poszedłem do znajomych, aby dowiedzieć się o Soffa... U Abu Khalima spotkałem meskina, który... który dopiero trzy dni jak powrócił z gór... z moich gór... był w mojej kasbie i spędził tam