Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


których rozpoczniemy naszą pracę. Tymczasem bierz rydle i kilofy, synu mój i zaczynajmy w imię Allaha Akbar!
Marabut szedł pierwszy i co dziewięć kroków wtykał w ziemię małe deseczki, na których robił jakieś znaki.
— Co to oznacza? — oczami zapytał Ras.
— To znaki duchów, potęg ziemi, podziemia i powietrza, — szepnął Szorf ben Ihudi.
Wetknąwszy ostatnią, stanął przy wielkim stosie zwalonych kamieni i szepnął:
— Teraz wszystkie potęgi będą broniły naszego odwrotu...
Marabut wyprostował się i, podniósłszy obie ręce do nieba, zawołał:
— Błagam cię na twe starożytne imię, dopomóż mi!
Wymówiwszy głośno te początkowe słowa „wielkiego zaklęcia“ podług rytuału białej magji „karaoma“, marabut zaczął szeptać formuły magiczne, przeplatając je niezrozumiałemi słowami: „El Ahmer, Mudib, Borkan“, przy każdem nowem zaklęciu dotykając „jabłka dżinnów“. —
Nareszcie umilkł i, wskazawszy oczami na stos kamieni, rzekł:
— W imię Allaha, który poniża i wywyższa, zaczynaj, sługo Allaha, Ras ben Hoggar!
Góral zaczął odwalać kamienie, porośnięte krzakami i poplątaną trawą.
Spłoszył kilka niejadowitych wężów, a ujrzawszy wkrótce wiperę, uśmiechnął się, przypomniawszy długą, zgarbioną postać zaklinacza i czarne oblicze Ed Ksela o końskich żółtych zębach i sinych, obwisłych wargach.
Góral pracował bez wytchnienia, aż rozrzucił cały stos i dotarł do ziemi.