Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Teraz do rydli! — zawołał marabut, rzucając się do roboty.
Kopali do zachodu słońca, zapominawszy o pragnieniu i głodzie. Kopali po modlitwie wieczornej do chwili, gdy zapadła noc. Wtedy dopiero powrócili do namiotu i posilili się. Nazajutrz rozpoczęli pracę jeszcze przed świtem, a około południa rydle uderzyły o coś twardego.
— Skała! — zawołał Ras.
— Podziemie... — poprawił go marabut. — Murowana skrytka dla skarbów, należących do dawnych Szleu.
Zaczęli z nową siłą wyrzucać ziemię, szukając wejścia do lochu. Po długiej i mozolnej pracy istotnie znaleźli je. Była to duża płyta kamienna, zamykająca otwór, prowadzący do wnętrza.
Z trudem odwalili płytę i oczom ich ukazał się dość szeroki otwór, prowadzący do niewielkiej, ciemnej skrytki, skąd wionęło na nich wilgocią i zgnilizną.
Mrucząc zaklęcia, marabut wszedł do podziemia, a za nim z bijącem sercem wślizgnął się Ras. Zapalili dwie latarki i oglądali podziemną skrytkę. Była to nieduża cela, posiadająca sześć kroków wzdłuż i cztery wszerz. Ziemia była wilgotna, a na kamiennych ścianach narosły połyskujące przy świetle latarek stalaktyty, podobne do skamieniałych strug wody. Na wilgotnej ziemi w różnych miejscach widniały zielone plamy, zgniłe skrawki skóry, kilka zardzewiałych kawałków żelaza, podobnych do kling mieczy, lecz bez rękojeści, na miejscu których ujrzeli zielone kupki piasku.
— To srebro i złoto, co w ciągu wieków w proch się rozsypało, — szeptem objaśnił marabut. —
— Te kawałki żelaza zabieramy ze sobą, bo „rumani“ płacą za nie dobre pieniądze, składając