Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wiszącego na pasie razem z nieodstępną „czakras“. Po chwili wyjął długi sznurek z wiszącemi na nim szkaplerzami różnych rozmiarów i form.
— Nałóż to i noś ciągle przy poszukiwaniach — rzekł, oddając je góralowi. — Są to amulety, odganiające złe duchy i potwory, broniące ukrytych skarbów.
— Oddajesz mi wszystkie amulety, sidi, — zauważył Ras — i żadnego nie pozostawiasz sobie?...
— Nie potrzebuję tego, — odparł marabut — jestem szeryfem, to znaczy potomkiem wielkiego proroka, i — marabutem. Posiadam zatem siłę i wiedzę „tasaruf“,[1] ona pozwala mi władać wszystkiemi potęgami natury i daje panowanie nad złemi duchami. Zresztą zanim wybrałem się na tę wyprawę, przeszedłem „riada“ — wielkie umartwienie ciała w ciągu dwudziestu siedmiu dni, to czyni mnie niezwyciężonym dla dżinnów i podziemnych potworów, synu mój.
Ras jednak spostrzegł, że marabut włożył jakiś okrągły przedmiot za pas, starannie go zapinając.
— Co to jest? — zapytał towarzysza.

— Jest to „teffah el dżann“, czyli jabłko dżinnów, korzeń nieznanej, magicznej rośliny, przywieziony z ziemi Persów[2] — objaśnił marabut. — Potrzebne mi jest to jabłko dla zaklęć magicznych, od

  1. Prof, E. Doutté, l. c.
  2. Podług prof. Doutté, Mulieras i innych orjentalistów „teffah el dżann“ jest korzeniem rośliny mandragora, przywożonej z Persji i z zachodnich Indyj, gdzie roślinie tej przypisują cudowne i magiczne właściwości, podobne do właściwości chińskiej rośliny dżen-szen, opisanej w mojej książce „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów“.