Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


uwiązane muły, i przy małem, ledwo dostrzegalnem ognisku siedziało dwóch ludzi.
Przez całą noc Szorf ben Ihudi obchodził wąwóz ze wszystkich stron, zaglądał do różnych skrytek, wyrw i dołów, szperał pod korzeniami zwalonych drzew, a nawet grzebał w próchnie pni, raz po raz podnosząc do latarki swoją tabliczkę ze znakami.
Położył się dopiero przed wschodem słońca, a gdy na niebie zjawiać się zaczęły pierwsze pasma różowych, jeszcze mdłych i nikłych promieni słońca, które po chwili bryznęło roztopionem złotem — marabut zerwał się z posłania i obudził Rasa.
— Wstawaj! — zawołał — módl się gorąco i z głębi duszy do Allaha, aby dopomógł nam, — każdemu w jego zamiarach — tobie w połączeniu się z żoną, mnie — w moich sprawach. Módl się, synu!
Podesławszy pod siebie skóry owcze, osunęli się na kolana i, zwróciwszy twarze na Wschód, zaczęli się modlić. Chociaż Ras modlił się gorąco, zauważył jednak, że jego towarzysz używa jakichś niezrozumiałych słów: Czentut, Merhul, Mikail, Mubrecz[1], czyniąc przytem ruchy, zwykle w rytuale muzułmańskim nie używane.

Nareszcie modły były skończone, obaj podnieśli się z ziemi, uczyniwszy ostatnie trzy pokłony w kierunku Mekki, wysławiając imię wysłańca Allaha-Proroka Mahomeda. Ras milczał, spoglądając na niezwykle poważną i skupioną twarz marabuta, który coś wyjmował z małego woreczka, zawsze

  1. Patrz: Magie et Réligion dans l’Afrique du Nord par le prof. Edmond Doutté, Alger 1909 oraz Robertson Smith, Religion of Semites i Wellhausen, Reste arabischen Heidentums.