Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Z tych łodzi wyszli wojownicy w hełmach i pancerzach[1] i runęli jak bałwany oceanu na miasta i kasby obronne Szleu. Długo trwał mord, rabunek, gwałty i pożary, aż Szleu musieli się cofać, pozostawiając na zawsze swój kraj. Tam właśnie pójdziemy, Ras ben Hoggar, pójdziemy do kraju twoich dalekich przodków. Może ich cienie będą ci sprzyjać i, odpędzając złych dżinnów, wydadzą ci skarby, ukryte w prastarej ziemi Szleu!
W kilka dni później marabut z Rasem jechali już autobusem z Marrakeszu do Rabatu.
Szorf ban Ihudi miał kilka spraw do załatwienia w Rabacie, gdzie się mieściła główna rezydencja sułtana Mulej Jussefa i jednocześnie zarząd protektoratu francuskiego nad Marokkiem. Sprawy marabuta były nader zagadkowe i Szorf nie wtajemniczał w nie swego nowego towarzysza. Ras widział innych marabutów, młodych i starych notablów berberyjskich, mokkademów różnych sekt, czarnych żołnierzy gwardji sułtańskiej, handlarzy i meskinów, odwiedzających Szorfa ben Ihudi. Marabut zamykał się z nimi w zacienionej izbie, szeptem naradzał się, czytał jakieś listy i coś pisał.

Korzystając z wolnego czasu Ras zwiedzał Rabat. Miasto wydało mu się obce, gdyż wszędzie spotykał domy, biura, sklepy i koszary „rumani“, tych „berrania“, dla których górale czują niezwalczoną pogardę. Dla Rasa, prawowiernego „mumena“ za mało tu było meczetów i medersa, za mało „suk“ i „kisaria“, a nawet tłum tubylczy wzbudzał w jego duszy jakiś protest, ponieważ spotykał już Berberów w europejskich ubraniach i obuwiu, a oprócz tego tłum ten był zupełnie pomieszany z cudzoziemcami, do których nie czuł już widocznie żad-

  1. Byli to Normanowie.