Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jomu wyruszyła z przyjacielem Rasa w daleką podróż.
Podczas obiadu kadi rzekł do syna:
— Czy wiesz, że żona Rasa wyjechała?
— Dokąd? — spytał młody.
— Nie wiem... — pojechała z Arabem Saffarem... — odparł kadi.
— Z tym handlarzem niewolników z Konstantyny?
— Tak! z nim... — mruknął stary.
Syn zaczął bacznie wpatrywać się w twarz ojca, aż, widząc jego zmieszanie, rzekł:
— Gdybym ja był Rasem, zabiłbym ciebie, albo twego syna — ojcze.
— Nie mogłem nic innego uczynić, — tłumaczył się kadi. — Z Tarudantu, sam wiesz, wszystkie oczy są na nas zwrócone, ciągłe zapytania, przykrości i kłopoty, a teraz — koniec. Napiszemy, że poszła za niewolnicę i odjechała...
— Czar Aziza, ta orlica, żona Rasa — niewolnicą? — wykrzyknął młody człowiek. — Ależ to — niemożliwe, to — potworne!
— Patrz! — rzekł ojciec, wyciągając z zanadrza papier. Wszystko podług prawa...
Syn przeczytał akt, zmarszczył brwi i, pochyliwszy głowę, rzekł zcicha:
— No, teraz nie będziemy mieli ani dnia, ani nocy spokoju... Ras — nie taki człowiek, żeby nie pomścił żony. Źle postąpiłeś, ojcze! Prawo w twojem ręku zmieniło się w ohydną zbrodnię i zdradę wobec syna twego druha... Biada nam! Biada! Niech Allah miłosierny nie karze nas za ten czyn twój, ojcze!