Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ciebie, mnie i Rasa. Tymczasem, kto się będzie zajmował losem niewolnicy? Oszukamy wszystkich, pomylimy ślady i dowiozę ciebie, Aziza, do tęskniącego za twoimi pieszczotami Rasa.
— Uczynię, jak każesz, sidi, bo taka jest wola męża mego! — odparła Aziza, pełna miłości dla męża i radosnej niecierpliwości spotkania się z nim.
Arab wkrótce opuścił dom żony Rasa ben Hoggar, a gdy się za nim zamknęły drzwi i zgrzytnęła zasuwa, cicho gwizdnął. Z ciemnego zaułka wyszedł kadi.
— No co? Jak? Udało ci się? — rzucił szeptem pytanie.
— Saffar el Snussi nie zna niepowodzenia! — odparł ze śmiechem Arab. — Oto masz tymczasem połowę wynagrodzenia.
Stary kadi zaczął liczyć banknoty.
Arab kiwnął mu głową na pożegnanie i rzekł:
— Tylko śpiesz się, stary, jutro ze sporządzeniem aktu sprzedaży i milcz, jak ryba!
— Do jutra, Saffar el Snussi!
— Do jutra, kadi!
Rozstali się, idąc w różne strony, jak spiskowcy lub rabusie po udanej wyprawie, plącząc i myląc ślady.
Była głucha noc... a mijała ona dla jednych szybko i rozkosznie, dla innych ciągnęła się rozpaczliwie długo.
Jednak o wskazanym przez Allaha czasie ta noc minęła.
Wczesnym rankiem stary kadi, zamknąwszy się z Arabem i Aziza w swoim biurze, szybko sporządził akt przejścia żony banity Rasa ben Hoggar na własność Saffara el Snussi. Przed południem Aziza spakowała do wora trochę swoich rzeczy i pokry-