Strona:Anton Czechow - Partja winta.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


generałowi wyśpiewam; on po uszy pogrążony jest w sprawach służbowych i nie widzi, jak go okradasz i ludziom się naprzykrzasz. Poczekaj! Otworzę ja mu na wszystko oczy! I jakbyś wiedział! Takiem ci mu oczy otworzył, żem ledwie moich na zawsze nie zamknął. Brrr!... Jeszcze teraz na samo wspomnienie tej awantury zimno mi się robi. Przechodzę pewnego razu przez korytarz i słyszę wrzask. Myślałem, że świnię zarzynają. Ale gdzie tam! To był głos Wiery Nikitiszny, która wymyślała: „Zwierzę, bydle jesteś! Djabeł!“ Zaciekawiło mnie, komu się też taka porcja dostaje. I wtem, rzecz wprost nie do uwierzenia, oto com ujrzał: otwierają się drzwi, a przez nie, jak bomba wypada nasz generał, czerwony jak piwonja, oczy wybałuszone, a włosy w takim stanie, jakby się nimi sam Lucyper zaopiekował. A ona mu w ślad: „Ty bydlę! Ty z piekła rodem!“
— Et, łżesz.
— Klnę się na wszystkie świętości, że prawdę mówię! Spociłem się, jak ruda mysz. Generał pobiegł do swego mieszkania, a ja stoję w korytarzu, jak bałwan. Zupełniem zgłupiał. Taka ordynarna chamka, kuchta, takie nic i tyle sobie pozwala! Nareszcie! — pomyślałem, — Generał ją wygnał, a ona, szelma, korzystając, że rozmowa toczy się bez świadków, wygarnęła na całego... „Wsio ryba! I tak mnie odprawią“. Aż mną poderwało... Wszedłem do jej pokoju i tak prawię: „Jakeś śmiała, ścierko jedna, tak się odzywać do wysoko posta-