Strona:Anton Czechow - Partja winta.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jak niema, tak niema! Nic nie widać: ani naczelników, ani podwładnych. Mijają cztery godziny, pięć... Aż mu się sprzykrzyło czekać na nowego naczelnika. Wstał, machnął ręką i westchnął.
— Widocznie miejsce będzie nieobsadzone! — mówi sam do siebie. — A to niedobrze. Niema nic gorszego nad bezkrólewie!...


...Panienka stoi w podwórzu za bramą i czeka na przechodnia. Musi się dowiedzieć, jak będzie miał na imię jej przyszły. Ktoś nadchodzi. Panienka prędko otwiera furtkę i pyta:
— Jak panu na imię?
W odpowiedzi na pytanie swoje słyszy ryk i przez uchyloną furtkę widzi wielki ciemny łeb... Na łbie rogi...
— Może i słusznie — myśli panienka. — Różni się tylko pyskiem.


...Redaktor pisma codziennego stara się wywróżyć los swego dziecięcia.
— Daj pan spokój! — radzą mu. — Chce się też panu denerwować. Zostaw pan!
Redaktor nie słucha i wpatruje się w gęsty osad kawy...
— Rysunków dużo — mówi redaktor. — Ale djabli je tam wiedzą... To są rękawiczki. To —