Strona:Anton Czechow - Partja winta.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jak długo nie przychodzi! — pomyślała. — Dobrze, jeśli tam jest tylko ten... cynik, no, a jeżeli złodziej?
Bujna wyobraźnia znowu nasunęła jej obraz: mąż wchodzi do ciemnej kuchni... dostaje obuchem... umiera, nie wydając nawet dźwięku... kałuża krwi...
Upłynęło pięć minut, pięć i pół, wreszcie sześć... Zimny pot wystąpił jej na czole.
— Bazyli! — zapiszczała przerażona — Bazyli!
— Czego się drzesz? Jestem... — usłyszała głos i kroki męża. — Zarzynają cię, czy co?
Podprokurator podszedł do łóżka i usiadł na krawędzi.
— Nikogo tam niema — powiedział. — Przyśniło ci się... Nie bój się, twoja durna Pelagja jest tak samo cnotliwa, jak i jej pani. Ależ tchórz z ciebie! Ależ...
Podprokurator zaczął sobie pokpiwać z żony. Tak się rozbawił, że odechciało mu się spać.
— Ale tchórz z mojej żoneczki! — kpił sobie dalej. — Jutro idź zaraz do doktora, niech cię wyleczy z halucynacji. Psychopatka jesteś!
— Dziegciem czuć... — przerwała żona. — Dziegciem, albo czemś w rodzaju cebuli... barszczem.
— Hm... tak... Jest coś takiego w powietrzu istotnie... Sen mnie odleciał! Wiesz co? Zapalę świecę... Gdzie są zapałki? Przy tej sposobności