Strona:Anton Czechow - Partja winta.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kogo nie usłyszę... U kupców byłam, a takiego wstydu nie miałam.
— Ty, ty... nie udawaj mi tu niewiniątka! W tej chwili żeby mi twojego sołdryka nie było! Słyszałaś?
— Jak się pan Boga nie boją! — zapierała się Pelagja, a w głosie jej dały się słyszeć łzy. — Państwo wykształcone... ślachetne to, a nie mają zrozumienia, że juścić przy naszej bidzie... przy ciężkiem życiu naszem... — Rozbeczała się. — Można nas krzywdzić. Nie ma się kto za krzywdę ująć.
— No, no... mnie przecież wszystko jedno! Mnie pani tu przysłała. Dla mnie możesz sobie samego djabła wpuścić przez okno, nic mnie to nie obchodzi.
Podprokuratorowi nie pozostawało nic innego, jak przyznać się, że nie miał w tym wypadku racji i wrócić do swej połowicy.
— Słuchaj-no, Pelagjo — dodał jeszcze — tyś brała do czyszczenia mój szlafrok. Gdzie on jest?
— Tak jest, proszę pana, przepraszam, zapomniałam położyć go na krzesełku. Wisi tam na gwoździu koło pieca...
Gagin omackiem znalazł koło pieca szlafrok i pocichu wrócił do sypialni.
Marja Michajłowna po wyjściu męża położyła się do łóżka i czekała. Jakieś trzy minuty leżała spokojnie, potem jednak zaczął ją dręczyć niepokój.