Strona:Anton Czechow - Partja winta.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pokażę ci fotografję prokuratora izby sądowej. Wczoraj żegnał się z nami i każdemu ofiarował swą podobiznę z autografem.
Gagin potarł zapałką o ścianę i zapalił świecę. Ale zanim jeszcze zrobił jeden krok, by pójść po fotografję, usłyszał za sobą przeraźliwy, rozdzierający krzyk. Obejrzawszy się, zobaczył dwoje wielkich, zwróconych na siebie oczu żony, w których malowało się zdumienie, przerażenie, gniew...
— Tyś zdejmował w kuchni swój szlafrok? — zapytała go, blednąc.
— Bo co?
— Spójrz na siebie!
Podprokurator spojrzał i jęknął. Zamiast szlafroka miał na sobie... płaszcz strażacki. Skąd się on na nim wziął? Podczas gdy starał się rozwiązać zagadkę, w wyobraźni żony powstał nowy obraz, straszny, nie dający się pomyśleć: mrok, cisza, szept... i tak dalej i tak dalej...