Strona:Angelo De Gubernatis - Maja.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ha! już spiczasty, poplamiony ozór
Do dnia rozkoszy mej, dnia wesołości
Przymieszał czarną truciznę żałoby!...
W tem, błyskawicą dwóch młodzieńców bieży
Nieznanych; obaj akordem krzyknęli,
Jako dwa miecze na lutni: „Taksaka!
Nie rusz!...“ Gdy jeden wołał, chwycił wtóry
Zwoje potworu grube, złotołuskie,
I tak potężnie w biały miąsz podgardla
Grzązł mu prawicą i strząsnął kłębami,
Że wąż zaryczał głucho, strząsnął łuski
I czarnym stworem stacza się ze schodów.
A wrzeszcząc, z głuchym grzechotem przepada.

RUDIR (zimno).

Zawsze bliźnięta niweczyli dzieła
Yamy, gdzie mogli; a ty, o urocza
Pielgrzymko mroku i cudnej jutrzenki,
Gdzie zamyślona idziesz?

MAJA.

By Warunie
Ulżyć... nie może po węża uścisku
Wolno odetchnąć – szukam źródła życia.

RUDIR.

A śmierć napotkasz, gdy pójdziesz bezemnie,
Bo tego źródła ja nawspół z Taksaką
Strzegę. Ni kroplę wody nieśmiertelnej
Tu nie dobędzie człowiek ni bóg żaden,
Dokąd ja stróżem! Na co, o dziewczyno!
Niepodobieństwo trudy daremnymi
Ścigać? Zważ tylko: na co stare drzewo
Z rdzenią spróchniałą otaczać kwiatami?
Ożywczych dreszczów sprzyjające zdroje